Agnieszka Lis „Latawce” (recenzja)

fot. Maciej Januchowski

Autorka opisuje na niespełna 200 stronach niezwykle smutną i przejmującą historię.

Grzegorz ma kilka lat, gdy jego ojciec opuszcza rodzinę. Chłopiec został z matką, z którą z każdym rokiem coraz trudnej mu się porozumieć. Ojciec był mistrzem i autorytetem, matka jest łatwowierną, kochającą, uległą kobietą. Ona wybacza kolejne błędy, Grzegorz przekracza kolejne granice.

Myliłby się jednak ten, kto by uznał, że to zwyczajna opowieść o konflikcie pokoleń, toksycznych relacjach i braku zrozumienia. Bo „Latawce” to próba nieustannego poszukiwania wolności, tęsknota za nią. Ale czy Grzegorz ją odnajdzie, czy też da się oszukać jej złudzeniu? W pewnej chwili chłopak dotkliwie się przekona, że jednak człowiek nie ma skrzydeł…

Agnieszka Lis w tej wspaniałej i wzruszającej książce udowadnia, że jest niezrównaną mistrzynią formy. Nielinearna konstrukcja, element zaskoczenia niemal na każdej stronie i oczywiście nieszablonowe zakończenie sprawiają, że od książki nie sposób się oderwać. W tej krótkiej historii wszystko jest minimalistyczne – mówię o opisach, które są krótkie i zwięzłe, za to autorka postawiła na dialogi. To bardzo dobre posunięcie. Ta forma świetnie oddaje to co Lis chciał przekazać. Dosadnie uświadamiając nam problemy i zmagania bohatera.

Może ci się spodobać również Więcej od autora

zostaw komentarz