Jeffrey Deaver „Pocałunek stali” (recenzja)

fot. Maciej Januchowski

Kiedy w centrum handlowym na Brooklynie detektyw Amelia Sachs próbuje zatrzymać podejrzanego o zabójstwo, dochodzi do tragicznego wypadku: do układu napędowego schodów ruchomych wpada mężczyzna. Gdy Sachs rzuca się na pomoc, podejrzany ucieka. W sprawę angażuje się życiowy partner Sachs, Lincoln Rhyme, ekspert kryminalistyki, który niedawno zakończył współpracę z nowojorską policją. Wkrótce oboje przekonują się, że wypadek był dziełem przestępcy – pierwszym z serii okrutnych ataków. Przebiegły morderca zmienia urządzenia i przedmioty codziennego użytku w śmiertelnie niebezpieczną broń. Wysadza zdalnie kuchenkę mikrofalową. Wywołuje palnikiem gazowym pożar mieszkania. Potrafi też doprowadzić do wielkiej kraksy na Manhattanie. Zespół Rhyme’a rozpoczyna wyścig z czasem, by wytropić sprawcę, zanim ten znów zabije.

Trzeba przyznać, że Deaver ma sporo pomysłów na zadania dla pary detektywów. To już dwunasta książka z ich przygodami. „Pocałunek stali” posiada wszelkie cechy, jakie powinien mieć przedstawiciel tego gatunku. Mamy tu dynamiczną akcję, szybkie i czasem nieprzewidywalne jej zwroty, mnóstwo napięcia, a czasem nawet trochę przerażenia. Co ważne w twórczości tego autora zawsze jest pełno sprzeczności. Ponadto wszystkie dowody mamy pod nosem, znamy wszystkie wątki, a rozwiązanie zagadki wydaje się jakimś wielkim wyczynem. I tym razem okazuje się, że to rozwiązanie jest bliżej niż nam się wydaje.

Pocałunek stali” to idealna lektura dla fanów thrillerów i polecam ją z pełną odpowiedzialnością.

Może ci się spodobać również Więcej od autora

zostaw komentarz