Ann Brashares „Wszystko razem” (recenzja)

fot. Maciej Januchowski

Choć to książka polecana jest dla młodzieży, to jednak dorośli równie chętnie po nią sięgną.

Sasha i Ray spędzają każde lato w starym domu na Long Island. Od dziecka wiele ich łączyło. Czytali te same książki, wędrowali tymi samymi piaszczystymi ścieżkami, jedli brzoskwinie z tego samego straganu, śmieli się przy tym samym stole w jadalni. Spali nawet w tym samym łóżku.

Sasha i Ray nigdy się nie poznali.

Tata Sashy był kiedyś mężem mamy Raya, wspólnie mieli trzy córki: perfekcjonistkę Emmę, piękną Mattie oraz ulubienicę Quinn. Małżeństwo jednak rozpadło się na dwie rodziny, z których każda pragnie zatrzymać stary dom dla siebie. Bez względu na to jak słodko-gorzkie wspomnienia się z nim wiążą.

Tego lata jednak losy Sashy, Raya i ich rodzeństwa splotą się w sposób, którego nie przewidziało żadne z nich…

Przyznam, że początek książki jest trochę nudny. Może to przez te wszystkie wyjaśnienia zawiłości rodzinnych. Warto jednak to przetrwać i dać szansę akcji się rozwinąć. „Wszystko razem” pokazuje trudne relacje ludzi oraz to, że czasem nie jest łatwo o uczucie, które napotyka na przeciwności losu. Szczególnie, kiedy żyje się w dwóch zwaśnionych rodzinach. Jednak są elementy, który te rodziny łączą. Relacje jaki zbliżają do sobie bohaterów zostały ciekawie wykreowane przez autorkę. Prawdę mówiąc zakończenie jest słodko-gorzkie. Autorka postanowiła wykorzystać starą zasadę, że musi coś nami wstrząsnąć byśmy obudzili się i porzucili urazy.

Co najważniejsze opisy nie podkręcają sztucznie emocji. Stopniowo i z rozwagą zostały wprowadzone i wyrażone poprzez bohaterów. Dla mnie osobiście zakończenie było nieprzewidywalne i okazało się zaskoczeniem.

Może ci się spodobać również Więcej od autora

zostaw komentarz