Joanna Gawrych – Skrzypczak: „Wszystko jest fikcją. Choć bawi mnie wyciąganie z życiorysów i charakterów znanych mi osób jakichś kawałeczków” (wywiad)

fot. Wydawnictwo Czwarta Strona

Przez wiele lat była dziennikarką, później przez kilka – bizneswoman. Pierwsze, jak twierdzi, to jej ukochany zawód i praca, drugie – zmora. Dzisiaj mieszka na wsi, gdzie z mężem Robertem Skrzypczakiem trenują konie oraz prowadzą niewielki pensjonat. Lubi mieszać fikcję z rzeczywistością i trzeba przyznać, że odnajduje się w tym świetnie.

Najpierw pracowała pani jako dziennikarka, później – bizneswoman, a teraz zdecydowała się pani tworzyć książki, jak to się stało? Ciągnie panią do pisarstwa?
Bardzo. Kiedyś pisanie, choć nieco innego rodzaju, było moją pracą i zawodem. Bardzo tę pracę lubiłam. Ale potem rozstałam się z dziennikarstwem, więc i z pisaniem także. Trochę tęskniłam, ale nie przychodził mi jeszcze wtedy do głowy pomysł, żeby napisać książkę. Ja na ogół nie myślę o sobie zbyt dobrze, więc sądziłam, że książka to nie dla mnie. Trochę też działo się w moim życiu i na pisanie nie było ani czasu, ani ochoty. A teraz jest. I jedno i drugie.

Zatem skąd ten flirt z biznesem?
Z konieczności. Takie były czasy – lata dziewięćdziesiąte, wszyscy tworzyli firmy, więc my też. Z ówczesnym mężem założyliśmy agencję reklamową, wtedy prawie ich nie było na polskim rynku, zagraniczne „sieciówki” dopiero się u nas rozglądały, a polskie agencje ledwie raczkowały. Zaczęło się od używanego ksera i dwóch wynajmowanych pokoików w jakimś podupadającym biurowcu, potem zrobiła się z tego duża firma. Dziś nie ma już ani tamtego męża, ani tamtej firmy. Takie jest życie…

Czy podjęcie decyzji o napisaniu książki było dla pani trudne?
Właściwie nie. Z ciekawości przeczytałam kiedyś książkę polskiej autorki romansowej. Nie spodobała mi się jakoś szczególnie, skończywszy lekturę powiedziałam sobie: „E, tak to ja też potrafię!”. A za chwilę pomyślałam: „Jak jesteś taka mądra, to napisz!”. I tak się zaczęło.

Czy doświadczenie dziennikarskie pomogło pani w pisaniu powieści obyczajowej?
Trochę, zwłaszcza w zbieraniu materiałów, w sprawdzaniu faktów. Dziś to dużo łatwiejsze niż było w moich czasach dziennikarskich, kiedy nie znaliśmy Internetu, nie było telefonów komórkowych, a źródłami informacji były po pierwsze niezliczone rozmowy z ludźmi, a potem zasoby bibliotek, archiwa wycinków prasowych, agencje. To uczyło oceniać źródła, ich wartość, analizować informacje. Internet jest wspaniały, ale ileż więcej w nim bzdur niż prawdy.

Obecnie prowadzi pani z mężem pensjonat, trenuje konie. Jak wygląda taka praca na co dzień?
Pensjonat, maleńki, mieszczący się w naszym domu, to moja „działka”. Mąż jest trenerem jeździeckim, był też zawodnikiem, startował z powodzeniem w zawodach jeździeckich na kilku kontynentach, więc oczywiście treningi to jego wyłączna domena. Wspieramy się we wszystkim, a przede wszystkim lubimy to, co robimy. Odwiedzają nas dziesiątki ludzi, spotkania z nimi są zawsze ciekawe, bo obydwoje przepadamy za rozmowami z naszymi gośćmi, przy dobrym winie i zastawionym stole. Może brzmi to trochę jak z folderu reklamowego, ale tak naprawdę jest! Lubię nasze życie, nasz dom, nasze zwierzaki.

Czy spotykanie tak wielu osób jest inspirujące?
Jasne! Rzeczywiście, tak jak w książce byli u nas goście z Wyspy Bożego Narodzenia. Wówczas nie miałam pojęcia, że taka w ogóle istnieje. To byli przemili ludzie, i przegadaliśmy pół nocy, choć biesiadowanie z nimi było ciut inne niż zazwyczaj, bo byli wegetarianami pijącymi wyłącznie wodę… Odwiedzali nas ludzie z całej niemal Europy, ze Stanów Zjednoczonych, z Australii. Organizowaliśmy też zawody jeździeckie, biegi myśliwskie, w sezonie przyjeżdżają ludzie na treningi, konie są wciąż obecne w naszym życiu.

Jak znajduje pani czas na pogodzenie pracy z pisaniem, które przecież też jest pracą?
To nie jest takie trudne, mam czas, poza tym wszystko to robię pod jednym dachem. Najtrudniej jest wiosną, kiedy wciąga mnie ogród i ogarnia szaleństwo kupowania sadzonek i ozdabiania wszystkiego niezliczonymi donicami, koszami, bukietami. Sama na siebie zastawiam sidła, bo potem, w lecie, podlewanie tego wszystkiego zajmuje ze dwie godziny!

​Pani książki są inspirowane prawdziwymi zdarzeniami. Ile jest w nich fikcji, a ile fragmentów z pani życia?
Wszystko jest fikcją. Choć bawi mnie wyciąganie z życiorysów i charakterów znanych mi osób jakichś kawałeczków i oddawanie ich moim książkowym postaciom. Znajomi doszukują się wśród nich osób realnych, ale żadna z postaci nie ma pierwowzoru w rzeczywistości. Z wyjątkiem psów, te są prawdziwe, choć może w innej kolejności i przynależności niż w życiu. A ponieważ doświadczeń, dobrych i złych, uzbierało mi się sporo, to czasem czerpię i z nich.

Poza tym, sięga pani także do historii. Czy to sentyment?
Chyba tak. Zawsze twierdziłam, że gdybym mogła wybrać epokę, w której chciałabym żyć, to byłyby to lata dwudzieste i trzydzieste zeszłego stulecia. Pisanie to droga, żeby przez chwilę znaleźć się w rzeczywistości tamtych czasów. Dużo lepiej mi się o niej pisze, niż o współczesności. Poza tym korzystam też z zapamiętanych wspomnień moich nieżyjących już dawno dziadków, na przykład umieszczone w książce zapiski Marii Dryckiej to naprawdę notatki mojej babci.

Czy może Pani zdradzić, jak potoczą się dalsze losy Anny? Powstanie kontynuacja książki Księżyc jest kobietą?
Kontynuacja Księżyca już powstaje. Anna będzie nadal szamotać się z życiem i mężczyznami, a jak się to skończy, nie zdradzę. Aśka pozna pewne tajemnice z przeszłości, los i dla niej przygotował niespodziankę. I przeszłości będzie znów sporo, cofniemy się do lat wojny, do mało w gruncie rzeczy znanej historii okupacji Wielkopolski.

Może ci się spodobać również Więcej od autora

Pokaż komentarze (1 |)